IDZIEMY NA FORMAT
Mieszkam z rodziną na Przymorzu Małym od 10 lat, na jednym z pobliskich osiedli, tym „oliwkowym”. Dla moich córek hasła „idziemy na Format”, „chodźmy na Format” weszły do kanonu życia, są czymś oczywistym. One upodobały sobie akurat strefę work out, bo lubią gimnastykę. Jak tam jesteśmy razem czasami krzyczą do mnie, żebym je podrzucił, by mogły chwycić się najwyższego drążka. Dalej już sobie radzą, a ja zamykam oczy, bo patrzenie na to, co niekiedy wyczyniają, potrafi wywołać dreszcze – cóż, taka perspektywa rodzica. Ja idąc na Format zawsze zabieram piłkę do kosza. Kilka razy pograliśmy sobie nawet z sąsiadem Wojtkiem, on też wpada tam często z dziećmi. W takich chwilach trochę przypominają się szkolne czasy, choć mój podwórkowy kosz z dzieciństwa stał na klepisku, a na piachu trudno było nawet kozłować. Teraz jest inaczej, znak czasu, i to jest super.
EMOCJE TE SAME, ALE TERAZ DZWONI TELEFON…
Był niedzielny, wrześniowy wieczór, wedle zapowiedzi ostatni tak letni pogodowo weekend. Miałem chwilę dla siebie, więc skoczyłem oddać kilka rzutów. Przy wejściu na boisko porozrzucane rowery, kaski i hulajnogi, a za bramą ósemka, na oko dziesięciolatków, rozgrywa mecz życia. Bramkarz, jak mnie zobaczył z piłką do kosza od razu zaanonsował, że oni grają tu na dwie bramki, co miało oznaczać „byliśmy tu pierwsi”. Jakoś się jednak wcisnąłem na kilka rzutów, pilnowałem tylko by im nie przeszkadzać. Z ciekawości zapytałem czy często tu grają – powiedział „no pewnie”.
W narożnikach boiska leżały ich telefony i co jakiś czas jakiś zabrzęczał – musieli słyszeć, że ktoś dzwoni, ale byli zajęci. Jeden z nich krzyknął nawet „pewnie to mama i muszę zaraz wracać”, ale nie miał czasu odebrać, bo właśnie szła akcja… Pomyślałem sobie, że za moich czasów rodzice krzyczeli głośno z okien przywołując na kolację. Teraz się dzwoni, ale w tym przypadku technologia wcale nie okazała się skuteczniejsza. To chyba dobrze.
Mecz zakończył się wynikiem coś koło 20 do 18 (jest więc nadzieja, że za kilka lat nasza reprezentacja powalczy o coś więcej). Zziajani, ale dalej przeżywający grę, kładli się na stole do ping ponga i wokół niego. Co chwilę któryś podbiegał do wodopoju, aby ugasić pragnienie. Po kilku minutach odpoczynku przybili piątki i zaczęli się rozjeżdżać – wtedy telefony dzwoniły już wyraźnie częściej i pewnie nie na żarty.
BOISKO JAK MROWISKO, NIE PUSTOSZEJE
Po chwili jakiś wysoki nastolatek z dziewczynką, chyba młodszą siostrą, zaczęli rzucać do kosza. Widać było, że sam nieźle gra, ale teraz był w innej roli – uczył ją. W tym samym czasie grupa bardziej dorosłych nastolatków robiła ćwiczenia w strefie work out. Nie byli tu pierwszy raz, już ich widywałem. Jak dla mnie to jacyś profesjonaliści – ja wprawdzie nie jestem w stanie się raz podciągnąć na drążku, ale to, co oni robili, wyglądało nieziemsko. Osób, które widziałem tam tego dnia przez niespełna godzinę było znacznie więcej. Niektórzy wpadali dosłownie na chwilę, by się poruszać, byli też tacy, którzy cały czas spędzili na rozmowie siedząc na leżakach znajdujących się przed budyniem, w otoczeniu zieleni.
To nie był jakiś wyjątkowy dzień „na Formacie”. Tak tutaj toczy się życie, gdy pogoda zachęca do spędzania czasu na zewnątrz. Torus wybudował prawdziwe, osiedlowe boisko, a może nawet coś więcej. Jutro również tu będę…